poniedziałek, 18 lutego 2013

Ocean

 1 tydzień - piątek, sobota

Obudził mnie jakiś hałas. Zrzuciłam kołdrę i zeszłam na dół. Mama ubrana w szare obcisłe spodnie i niebieską, za dużą koszulę malowała właśnie ścianę w korytarzu. 
-Ooo dobrze, że wstałaś. Ja muszę jechać z kotem do weterynarza do centrum, dokończysz malować. A i zapomniałam ci powiedzieć, tata zostawił nam wczoraj na karcie pieniądze na remont, więc jeśli chcesz możesz potem pojechać do miasta i kupić coś do pokoju. - mówiła skupiając się na równym malowaniu
-Mamo... Jest pierwszy dzień ferii, a ja o... - spojrzałam na zegar z kukułką w salonie - o 7:30  mam malować?
-Kochanie, musimy to zrobić, jak omalujemy wszystko to przywiozą nam nowe meble. Tutaj większość nie nadaje się do użytku. Nawet kuchenka jest nieczynna. - spojrzała w stronę kuchni - Ok, ja już skończyłam, możesz zacząć malować salon, tam masz farby, wybierz którą chcesz, ja lece. - ściągnęła koszulę, naciągnęła gruby sweter i biorąc kota wyszła
Wybrałam limonkowy kolor farby. Rzuca się w oczy i ożywi może jakoś to wnętrze. Pomalowałam jedną i trochę drugiej ściany, ale zgłodniałam. Oczywiście nie było nic do jedzenia, więc postanowiłam poszukać jakiegoś sklepu. Spojrzałam za okno. Zamiast ciepłego słońca zobaczyłam szare, zachmurzone niebo. Ubrałam jeansy, szary sweter z ćwiekami, skórzaną kurtkę i buty czarne military. Nie wiem czemu, ale sięgnęłam po aparat. Wychodząc chłodny wiatr opatulił moją rozgrzaną buzię. Naciągnęłam zamek kurtki i ruszyłam. Mijałam wiele domów. Niektóre były zniszczone i wyglądały jak ze średniowiecza, a te bliżej oceanu wręcz przeciwnie: duże, luksusowe wille. Zróżnicowane miasteczko... Szłam betonową drogą wzdłuż plaży i domów. W końcu zobaczyłam witrynę i bilbord. Nie wiedziałam co to, więc weszłam dając znak dzwoneczkom. Nikt nie podniósł wzroku. Była to kawiarnia. Na ścianach pozawieszane były pamiątki z podróży. Zagraniczne rejestracje, pocztówki, zdjęcia, koszulki. Pomimo takiego wystroju knajpa wydawała się smutna. Drewniane komplety stolików i krzeseł komponowały się z szaroburą podłogą. Przy stolikach siedziały tylko dwie osoby. Przy niskiej ladzie stał ok. 25 letni czarnowłosy chłopak. Był całkiem przystojny. Podeszłam do niego. Nie widziałam żadnego menu, więc zapytałam:
-Można tu coś zjeść? 
Popatrzył na mnie ogarniając całą sylwetkę.
-Nie jesteś stąd prawda? 
-Aż tak to widać? - zmarszczyłam brwi
-Jesteś jakąś dziennikarką? - zapytał patrząc na mój aparat
-Nie, nie, właśnie się tu przeprowadziłam, mój brat chciał żebym mu fotografowała wszystko co zobaczę. - powiedziałam
-Ooo, to poczekaj. - odwrócił się, przeczesał włosy i zrobił śmieszną pozę - Tylko wiesz, moje zdjęcia są rozchwytywane więc - zaczął sobie żartować
Sięgnęłam po aparat, ale w tym momencie zadzwoniła moja komórka. Któż by inny, jak nie mama.
-Tak?
-Gdzie jesteś?
-Wyszłam na miasto, poszukać sklepu, zgłodniałam
-Ja jestem właśnie niedaleko domu. Musisz wyciągnąć zakupy i zanieść do domu, bo ja muszę szybko wracać do sklepu meblowego.
-Arghh... Gdzie dokładnie jesteś?
-Zaraz za rogiem
-Daj mi 2 minuty
-Pośpiesz się!
Rozłączyłam się i spojrzałam na chłopaka.
-Chyba musimy przełożyć naszą sesje. - uśmiechnęłam się - Muszę lecieć.
-No... Szkoda, ale jesteśmy umówieni - zmrużył oczy
-Pewnie - powiedziałam wychodząc
-Hej, zaczekaj! Jak w ogóle masz na imię? - krzyknął na mną
-Elizabeth! Serio muszę iść, do zobaczenia! - ruszyłam szybko
Dlaczego nie powiedziałam Lizzy? Pierwszy raz przedstawiłam się swoim imieniem. Na pewno mu się nie spodoba. Ohh, to przez mamę. Ona ciągle mnie tak nazywa... Dobiegłam do auta i zrobiłam wszystko o co mnie prosiła. Potem patrząc na niepomalowane ściany znowu wyszłam z domu. Tym razem w drugą stronę. Tam było o wiele spokojniej. Szłam właśnie alejką, gdy zobaczyłam niewielką, boczną ścieżkę. Spojrzałam w dal i ruszyłam w tym kierunku. Zobaczyłam kilka wysokich klifów. Od razu zrobiłam zdjęcie, bo widok był naprawdę świetny.

 Nagle na trawie spostrzegłam mały, biały krzyż. Wyglądał na nowy, więc podeszłam. Wokół niego stało kilka palących się zniczy. Spojrzałam na tabliczkę. Pisało tam ozdobnymi literami Danny Joelong - najukochańszy synek . Oprócz tego cytat: Urok oceanu, polega na tym, że nigdy nie zwraca tego co zabrał. 
Spojrzałam na wysokie fale rozbijające się o ostre skały i poczułam się dziwnie. Wróciłam więc powrotną drogą do domu. Gdy wróciłam w salonie nie było już mebli, ale ściany były takie, jakie je zostawiłam. Musiałam więc skończyć. Wreszcie to zrobiłam i usiadłam zmęczona na podłodze, gdy usłyszałam głos wchodzącej mamy.         
-Elizabeth? Jesteś?  - rozglądała się
 Nie musiałam odpowiadać, bo zobaczyła mnie wchodząc do salonu
-No świetnie, tyle pracy nas czeka, a ty leniuchujesz? Przynajmniej skończyłaś malować... Za niedługo przyjadą panowie z meblami do salonu. Zobaczysz będzie jak w domu. - powiedziała kładąc kota na schodach
-Jest coś do jedzenia? - zapytałam
-Kupiłam w restauracji dania na wynos. Mam pierogi, chińszczyznę i lasagnie. Co wolisz? - stanęła nade mną
Niechętnie sięgnęłam po rozlazłe pierogi. Były niedobre, ale mój głód dawał we znaki, więc dodatkowo wchłonęłam też połowę chińskiego makaronu. Całe popołudnie zajęło nam sprzątanie i ustawianie nowych mebli. W rezultacie powstał nam całkiem przytulny salon i nawet nie było widać jaki jest mały. Właśnie odpoczywałyśmy na kanapie.
Resztę dnia spędziłam nie robiąc nic szczególnego, siedziałam w pokoju, słuchałam muzyki i pisałam z Hillary. Trochę się zawiodłam, bo Seth w ogóle się jeszcze nie odezwał...  


Właśnie podchodziłam do wielkiego drzewa z nutelli i już miałam garścią zagarnąć gałąź w moją stronę, gdy usłyszałam alarm smsa, który wyrwał mnie ze snu. Lekko otwierając oczy spojrzałam w stronę okna. Było jeszcze ciemno. Sięgnęłam po telefon z nadzieją, że wreszcie odezwał się Seth. Niestety, znowu wygrałam BMW... Zarzuciłam na głowę kołdrę, ale nie byłam w stanie zasnąć. Narzuciłam na siebie czarne, obcisłe spodnie, dłuższy wełniany sweter, a włosy spięłam w  niechlujny kok. Po chwili wschodzące słońce tak mocno świeciło i ogrzewało moją twarz pozostawiając na niej jasną smugę, że przez chwilę poczułam się jak w domu. To skłoniło mnie do wyjścia. Idąc jedyną znaną mi drogą znalazłam się w okolicach kawiarni. W sumie nie jadłam nic jeszcze, więc mogę wstąpić. Właśnie sięgałam ręką do klamki, gdy ktoś otworzył drzwi. Jedyna znajoma twarz.
-O Elizabeth, hej! - powiedział poznany wczoraj chłopak - Aż tak spodobała ci się kawiarnia, że przychodzisz tutaj o 5 rano? - zmrużył oczy
-Hej! Właściwie to jedyne miejsce, które tutaj znam. - uśmiechnęłam się - A ty co tu robisz tak wcześnie?
-W soboty zawsze tak jest, muszę przychodzić odebrać towar z piekarni. Może... Przejdziemy się? Oprowadzę cię przy okazji po okolicy. - wskazał ręką za mnie
-Czemu nie - powiedziałam i ruszyłam za nim
Poszliśmy w stronę centrum, rozmawiając po drodze o wszystkim i o niczym. Dowiedziałam się o nim, że chciał wyjechać na studia, ale jego dziadek zachorował i długo się nim opiekował, a po jego śmierci musiał zająć się kawiarnią.
-Nie chciałem sprzedawać kawiarni, dziadek włożył w nią całe serce, ale nie byłem uradowany, że tu utknąłem. Miałem ambitniejsze plany... Silentwood to małe miasteczko... Większość pracuję tu w handlu, albo rybołówstwie.
-A ty co chciałeś robić? - zapytałam 
-Turystyka. - powiedział z rozmarzeniem w oczach - Miałem zamiar podróżować po świecie, bić rekordy, odwiedzić wszystkie miejsca na ziemii... - mówił z zachwytem - No ale... Sama wiesz.
-Czyli te rejestracje, pocztówki i pamiątki w kawiarni to twoje zdobycze? - zerknęłam na niego
-Tak, kiedyś ciocia zabrała mnie do Ameryki na wakacje. Niestety to chyba koniec mojej kariery podróżnika-odkrywcy. - popatrzył w dal
Szliśmy wzdłuż wybrzeża, gdy dotarliśmy do znajomej ścieżki, prowadzącej do mojego domu. Pożegnałam się z nim i umówiłam na jutro. Tak się zagadaliśmy, że nawet zapomniałam zapytać go o imię.
-O jesteś! Gdzie byłaś tak z samego rana? - zdziwiła się mama
-Sama się zdziwiłam, ale to chyba urok - zrobiłam cudzysłów w powietrzu - tego miejsca wywołał u mnie bezsenność.
-Oj tam, przyzwyczaisz się, zobaczysz. - powiedziała mama głaszcząc naszego trzeciego domownika
-Taaa... - spojrzałam na szarość oceanu za oknem
               

4 komentarze: