1 tydzień - sobota
Po zjedzeniu obfitego śniadania zaserwowanego przez mamę poszłam do pokoju. Popatrzyłam z nadzieją na komórkę, ale dalej nic. Co się dzieje? W Liverpoolu Seth nie mógł wytrzymać beze mnie dnia. Czy Silentwood to aż taka dziura? Za bardzo za nim tęsknie, żeby unosić się damską dumą. Zadzwoniłam. Pierwszy sygnał. Cisza. Drugi sygnał. Cisza. Trzeci sygnał. Cisza. Poczta głosowa.
-Hej Seth, to ja... Trochę mnie martwi, że się nie odzywasz. Oddzwoń proszę. Tęsknię. - powiedziałam i rozłączyłam się
Siedząc na łóżku zdałam sobie sprawę, że właściwie nawet nie zwiedziłam całego domu. Teraz, gdy już pogodziłam się z tym, że tu zostajemy trochę bardziej pozytywnie patrzyłam na tą ruderę. Oprócz trzech drzwi, na moim piętrze znajdowało się również górne wejście na strych. Gwałtownie pociągnęłam uchwyt i moim oczom ukazała się stara, zakurzona drabina. Stawiając na niej kroki poczułam lekki strach, ale niepotrzebnie. Poddasze było całkiem zadbane. Nie wyglądało jak te wszystkie strychy z horrorów. W rogu stał fortepian przykryty starą narzutą, z boku było małe okienko z widokiem na przód domu, a z tyłu kilka pudeł. Po tym jak ogarnęłam wszystko wzrokiem, wdrapałam się do środka. Przebijające światło tworzyło idealny plener, więc szybko pobiegłam po aparat. Szybkim ruchem odkryłam fortepian. Był cały zakurzony, ale miał swój urok.
Spojrzałam w stronę kartonowych pudeł. Pomyślałam, że znajdują się tam pewnie jakieś stare śmieci, ale warto zaglądnąć. Położyłam aparat na podłodze, usiadłam po turecku i sięgnęłam po pierwsze pudło. Gdy je otworzyłam do mojego nosa doszedł kurz i zapach starości. Zakaszlnęłam i rozwiałam brązowy dym w powietrzu. W środku pudełka nie było nic ciekawego. Jakiś stary notes z nutami, kilka zakrętek od słoików, zegar i zasuszone kwiatki. Patrząc na to nie miałam ochoty otwierać reszty, ale wolałam to od nerwowego spoglądania na komórkę w nadziei, że mój chłopak się odezwie. W drugim pudełku były prawie same książki. Klasyki - "Lolita'', "Cierpienia młodego Wertera" , ''Romeo i Julia"...
Już miałam sięgnąć po następne, gdy coś mignęło mi w oczy. Włożyłam rękę między książki i oprócz warstwy kurzu wyciągnęłam też łańcuszek. Ja jestem zwolenniczką nowoczesności, ale Hillary na pewno by się spodobał. Był złoty, (przynajmniej to co z niego zostało), zawieszka była kwadratowa i gruba. Chwilę mi zajęło zorientowanie się, że się otwiera. W środku zobaczyłam czarno-białe zdjęcie. Młoda kobieta całowała w policzek dość przystojnego mężczyznę. Miał dziwny wyraz twarzy, przeszły mnie ciarki. Odłożyłam pudło, wzięłam aparat i pobiegłam do pokoju. Zdjęcie łatwo było wyciągnąć z zawieszki. Położyłam je na oknie, żeby było dobre światło. Zmieniłam obiektyw aparatu, podkręciłam ostrość,zwiększyłam zooma i udało się. Szybko skopiowałam to na laptopa. Jakość nie była najlepsza, ale nie spodziewałam się cudów.
Uświadomiłam sobie co mój brat widzi w fotografii. Podobno zdjęcia pokazują charakter, ale czarno-białe duszę. To piękne, rzeczywiście, można zobaczyć coś więcej. Ciekawe kim są ci ludzie, czy to moja ciocia? Hmmm, ona chyba nie miała męża. Naprawdę zaczął interesować mnie ten dom. Ta jego tajemniczość, w pewnym sensie urok. Moje rozmyślenia przerwała mama wchodząca do pokoju.
-Hej, mam dla ciebie propozycje na dzisiaj. Albo jedziesz na targ kupić zasłony do kuchni i salonu albo zaczniesz zdzierać tapetę z łazienki. - powiedziała ilustrując rękami dwa wybory
Zdzieranie tapety nie wydawało się ambitnym zajęciem, a jadąc na targ będę miała okazje poznać miasto.
-Obydwie propozycje brzmią niewiarygodnie kusząco - odezwałam się nie ukrywając ironii - Ale z moimi zdolnościami do projektowania wnętrz - nadal czekałam na pochwałę za skończenie salonu - wybiorę wycieczkę na targ.
-Świetnie, możesz jechać teraz, tylko uważaj na auto, dopiero co odebrałaś prawo jazdy. - mówiła kiwając palcem
Widocznie posiadanie prawo jazdy od pół roku to dla mamy ''dopiero''. Nadal myśli, że nie umiem jeździć, a mój instruktor musiał być nie w pełni ogarnięty, gdy zadecydował że zdaję. Ubrałam czarne buty lity i dopasowany płaszczyk. Odpaliłam naszego czarnego Seata i przypominając sobie mamę tłumaczącą mi drogę na targ, ruszyłam. Zielony market, drugie skrzyżowanie, wielkie drzewo... A może zielone drzewo i wielki market... Może jednak trzecie skrzyżowanie... Ahhh, przejeżdżając czwarty raz obok skalistego pomnika pomyślałam, że to bez sensu. Zawróciłam i znalazłam znajomą ścieżkę. Dojazd do kawiarni zajął mi zaledwie kilka minut. Wchodząc zobaczyłam go robiącego espresso.
-Hej, przepraszam, że tak codziennie zwalam ci się na głowę, ale potrzebuję twojej pomocy. - powiedziałam witając ''go'', bo dalej nie wiem jak ma na imię
-Elizabeth, hej, nie no co ty, żartujesz, możesz wpadać kiedy chcesz. - przywitał mnie
-Dzięki - na chwilę zapomniałam po co tu przyszłam - A właśnie, chodzi o jakiś targ staroci, mama kazała kupić mi zasłony czy coś i nie mam pojęcia gdzie to jest. - zasugerowałam
-Hmmm, chętnie bym z tobą pojechał, ale sama widzisz. - powiedział pokazując salę
Było kilka osób, ale jak dla tak małego miejsca wydawało się tłoczno.
-Na szczęście nie jest trudno tam trafić. - wziął serwetkę, długopis i zaczął coś bazgrać
Spojrzałam na niego. Był pochylony i raz patrzył na mnie, a raz na serwetkę. Udawałam skupienie, ale zdałam sobie sprawę, że ''on'' jest nawet całkiem przystojny. Jego czarne włosy idealnie komponowały się z niebiesko-szarymi oczami. Prosty, szeroki nos dawał lekki cień na wąskie wargi, a zarost był co najwyżej dwudniowy.
-... więc jak już miniesz ten żółty budynek to właściwie jesteś na miejscu. - wróciłam do rzeczywistości
-Aaaa ok, ogarniam. - spojrzałam na serwetkę i kilka nic mi nie mówiących kresek - Dzięki za pomoc, to ja będę lecieć, pa. - machnęłam ręką
Już zbliżyłam się do drzwi kiedy sobie o czymś przypomniałam.
-Zaczekaj, zupełnie wyleciało mi to z głowy, jak w ogóle masz na imię? - zapytałam
-Lucas, Lucas Joelong. - powiedział i pokazał swoje białe zęby
Pokiwałam głową, pomyślałam że to nazwisko chyba obiło mi się już o uszy. Odwzajemniłam uśmiech i wróciłam do auta. Dojechałam do końca ulicy i patrząc na zmiętą serwetkę próbowałam znaleźć w okolicy żółty budynek. Minęłam kilka domów, marketów, nawet kościołów i w końcu go zobaczyłam. Nie mam pojęcia jak znajdę drogę powrotną, ale nie martwiłam się teraz o to.
Na targu zobaczyłam wielkie tłumy. Sprzedawcy się przekrzykiwali, a ludzie pchali jak tylko mogli. Na razie stałam między stoiskami warzywnymi, więc przebrnęłam jakoś na tyły. Tutaj było już spokojniej. Błądziłam między regałami szukając ''tego czegoś''. Torba z aparatem obijała się o mijających ludzi.
-Rose, nie rób scen! Rozliczymy się później! - usłyszałam krzyki
Spojrzałam w stronę dwójki ludzi. Chłopak w czarnych spodniach, szelkach i jeansowej, spranej kamizelce. Włosy miał rozczochrane, a wargi mocno zaciśnięte. Krzyczał w stronę rudej dziewczyny. Miała delikatną, ale ciekawą urodę. Ubrana w brązową kurtkę, rękawiczki bez palców, wyblakłe jeansy i botki za kostkę.
-Nie Liam! Zostaw mnie, zrozum w końcu, że się nie udało. Trudno, odpuść sobie to wszystko i mnie najlepiej też! - krzyknęła ze łzami w oczach dziewczyna
-Nie zapominasz, że ja tu rządzę? - zapytał spokojnie, ale niebezpiecznie brunet ściskając jej przedramię
Dziewczyna szybko się wyrwała i z całej siły nadepnęła mu na nogę. On nie dając oporu uderzył ją w twarz.
-Hej! - krzyknęłam bez namysłu upuszczając trzymaną lampę - Zostaw ją! - nie zastanawiałam się nad swoją nagłą odwagą tylko ruszyłam w ich stronę
-Nie wtrącaj się laluniu - popatrzył w moją stronę -A ty nawet nie próbuj zwiać! - tym razem zwrócił się do dziewczyny i odszedł
-Wszystko ok? - zwróciłam się do rudej -Rose, prawda?
-Tak, sory, że musiałaś na to patrzeć... On jest po prostu czasem nieco... nieobliczalny, ale ogólnie jest spoko... - zapewniała
-Przyznam, że nie zrobił na mnie dobrego wrażenia... Jestem Lizzy. - wyciągnęłam ręke
-Mnie już chyba znasz. - powiedziała otrzepując spodnie
-Taa... Właśnie się tu przeprowadziłam i... - chciałam zacząć rozmowę
-Wow, to wybrałaś niezłą dziurę, serio chcesz tutaj spędzić resztę życia? - zdziwiła się
-Właściwie to nie mój wybór... - przyznałam idąc za nią
-Ok... - zamyśliła się usiłując przypomnieć sobie moje imię - Lizzy, tak? - pokiwałam głową, więc kontynuowała - Wiem, że nikogo tu nie znasz i w ogóle, ale dobrze ci radzę, nie szukaj tu przyjaciół, znasz to przysłowie: wrogowie często mówią prawdę, przyjaciele nigdy? - obróciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia
Stałam tam trochę skołowana, co to miało znaczyć. To miasteczko przeraża mnie coraz bardziej. Gdy już się ocknęłam ruszyłam w na wycieczkę między stoiskami. Dopiero przy szóstym znalazłam to czego szukałam. Błękitne, lekkie zasłony do kuchni i mocno limonkowe do salonu. Oprócz tego kupiłam też ładną ramkę i naszyjnik z dużą sową dla Hillary. Od razu w aucie zrobiłam jej zdjęcie.
Otwierając drzwi wejściowe usłyszałam dźwięk zdzierania tapety ze ściany. Położyłam zakupy na stole i poszłam do łazienki. Mama ubrana w jeansy i białą bokserkę siłowała się z kawałkiem upartej okładziny.
-Może ci pomóc? - zapytałam niepewnie na nią zerkając
-A nie, nie, dam sobie radę. Dzwoniła Hillary, jej mama pozwoliła przyjechać jej tu na kilka dni, ale dopiero jak skończymy remont.
-Co?! Ale super! Muszę do niej zadzwonić! - pobiegłam szybko na górę
Wzięłam telefon i wyszukałam numer przyjaciółki. Odebrała od razu.
-No hej, powiedziała ci już? - zapytała radosnym głosem
-Tak! Mega, może pomożesz mi zwalczyć tą nudę... Tutaj serio nic nie ma! Spotykam samych dziwaków - no może z wyjątkiem Lucasa - jest tu ponuro i mokro. Tęsknie za Liverpool'em... - westchnęłam
-Nie martw się młoda, przywiozę ci trochę naszego słońca. - niemal widziałam jak puszcza mi oko
-Aaaa Hillary, widziałaś się może z Sethem? - zapytałam niepewnie
-Podobno pojechał na ferie na obóz snowboardowy, nie mówił ci? - zdziwiła się
-Aaaa tak, coś wspominał, musiało wylecieć mi z głowy - czemu wiem mniej niż ona, nic mi nie mówił - Dobra, ja kończę, bo muszę lecieć... Sprzątać.. Paa, tęsknie i czekam. - rozłączyłam się
Przed wyjazdem widziałam się z Sethem codziennie i na pewno nic nie mówił o jakimś obozie. Nawet narzekał, że nie będzie miał co sam robić w mieście. Nie rozumiem... Może przesadzam, może dowiedział się o tym wyjeździe niedawno... Nie chcę zakrzątać sobie teraz tym głowy. Muszę się czymś zająć. A zajęcie się oczywiście znalazło. Malowanie łazienki, urządzanie sypialni mamy no i w końcu mojego pokoju. Ściany pomalowałam na fioletowo, na łóżko narzuciłam narzutę którą wzięłam z domu. Nad biurkiem zawiesiłam kilka zdjęć, a na ścianach wypisałam kilka cytatów czarnym atramentem do mangi. Najbardziej podobał mi się:
Pragnienie bycia kimś innym to marnowanie osoby, którą się jest.
~Kurt Cobain
Nawet się nie obejrzałam kiedy za oknem zrobiło się ciemno. Kolacje zjadłyśmy w naszym nowym salonie podziwiając efekty naszej pracy. Przyznam, że podobał mi się ten dom. Jeszcze tylko musimy pomalować go z zewnątrz i może zrobi się całkiem przyjemny. Nie oznacza to, że się do do tej przeprowadzki całkowicie przekonałam i nadal nie zapominam, że przyjeżdżając tu straciłam życiową szansę chodzenia do szkoły Modern Psycho.
Leżąc wieczorem w łóżku i słuchając muzyki znowu wróciłam myślami do Setha. Nadal się nie odezwał. To dla mnie dziwne. Tkwię w zawieszeniu. Sama udaję, że wierzę. Wierzę, że zadzwoni, wytłumaczy, że zgubił telefon, zalało Liverpool czy coś. To głupie, ale nie dopuszczam do siebie myśli, że mogłabym go stracić.



Skąd Wy to bierzecie? Świetne!
OdpowiedzUsuńJeju przeczytałam ten post 2 razy!
OdpowiedzUsuńŚwietny!
Pozdrawiam.