czwartek, 28 marca 2013

Enemies often telling the truth, friends never.

 1 tydzień - sobota

Po zjedzeniu obfitego śniadania zaserwowanego przez mamę poszłam do pokoju. Popatrzyłam z nadzieją na komórkę, ale dalej nic. Co się dzieje? W Liverpoolu Seth nie mógł wytrzymać beze mnie dnia. Czy Silentwood to aż taka dziura? Za bardzo za nim tęsknie, żeby unosić się damską dumą. Zadzwoniłam. Pierwszy sygnał. Cisza. Drugi sygnał. Cisza. Trzeci sygnał. Cisza. Poczta głosowa.
-Hej Seth, to ja... Trochę mnie martwi, że się nie odzywasz. Oddzwoń proszę. Tęsknię. - powiedziałam i rozłączyłam się
Siedząc na łóżku zdałam sobie sprawę, że właściwie nawet nie zwiedziłam całego domu. Teraz, gdy już pogodziłam się z tym, że tu zostajemy trochę bardziej pozytywnie patrzyłam na tą ruderę. Oprócz trzech drzwi, na moim piętrze znajdowało się również górne wejście na strych. Gwałtownie pociągnęłam uchwyt i moim oczom ukazała się stara, zakurzona drabina. Stawiając na niej kroki poczułam lekki strach, ale niepotrzebnie. Poddasze było całkiem zadbane. Nie wyglądało jak te wszystkie strychy z horrorów. W rogu stał fortepian przykryty starą narzutą, z boku było małe okienko z widokiem na przód domu, a z tyłu kilka pudeł. Po tym jak ogarnęłam wszystko wzrokiem, wdrapałam się do środka. Przebijające światło tworzyło idealny plener, więc szybko pobiegłam po aparat. Szybkim ruchem odkryłam fortepian. Był cały zakurzony, ale miał swój urok.
Spojrzałam w stronę kartonowych pudeł. Pomyślałam, że znajdują się tam pewnie jakieś stare śmieci, ale warto zaglądnąć. Położyłam aparat na podłodze, usiadłam po turecku i sięgnęłam po pierwsze pudło. Gdy je otworzyłam do mojego nosa doszedł kurz i zapach starości. Zakaszlnęłam i rozwiałam brązowy dym w powietrzu. W środku pudełka nie było nic ciekawego. Jakiś stary notes z nutami, kilka zakrętek od słoików, zegar i zasuszone kwiatki. Patrząc na to nie miałam ochoty otwierać reszty, ale wolałam to od nerwowego spoglądania na komórkę w nadziei, że mój chłopak się odezwie. W drugim pudełku były prawie same książki. Klasyki - "Lolita'', "Cierpienia młodego Wertera" , ''Romeo i Julia"...
Już miałam sięgnąć po następne, gdy coś mignęło mi w oczy. Włożyłam rękę między książki i oprócz warstwy kurzu wyciągnęłam też łańcuszek. Ja jestem zwolenniczką nowoczesności, ale Hillary na pewno by się spodobał. Był złoty, (przynajmniej to co z niego zostało), zawieszka była kwadratowa i gruba. Chwilę mi zajęło zorientowanie się, że się otwiera. W środku zobaczyłam czarno-białe zdjęcie. Młoda kobieta całowała w policzek dość przystojnego mężczyznę. Miał dziwny wyraz twarzy, przeszły mnie ciarki. Odłożyłam pudło, wzięłam aparat i pobiegłam do pokoju. Zdjęcie łatwo było wyciągnąć z zawieszki. Położyłam je na oknie, żeby było dobre światło. Zmieniłam obiektyw aparatu, podkręciłam ostrość,zwiększyłam zooma i udało się. Szybko skopiowałam to na laptopa. Jakość nie była najlepsza, ale nie spodziewałam się cudów.
 Uświadomiłam sobie co mój brat widzi w fotografii. Podobno zdjęcia pokazują charakter, ale czarno-białe duszę. To piękne, rzeczywiście, można zobaczyć coś więcej. Ciekawe kim są ci ludzie, czy to moja ciocia? Hmmm, ona chyba nie miała męża. Naprawdę zaczął interesować mnie ten dom. Ta jego tajemniczość, w pewnym sensie urok. Moje rozmyślenia przerwała mama wchodząca do pokoju. 
-Hej, mam dla ciebie propozycje na dzisiaj. Albo jedziesz na targ kupić zasłony do kuchni i salonu albo zaczniesz zdzierać tapetę z łazienki. - powiedziała ilustrując rękami dwa wybory
Zdzieranie tapety nie wydawało się ambitnym zajęciem, a jadąc na targ będę miała okazje poznać miasto.
-Obydwie propozycje brzmią niewiarygodnie kusząco - odezwałam się nie ukrywając ironii - Ale z moimi zdolnościami do projektowania wnętrz - nadal czekałam na pochwałę za skończenie salonu - wybiorę wycieczkę na targ.
-Świetnie, możesz jechać teraz, tylko uważaj na auto, dopiero co odebrałaś prawo jazdy. - mówiła kiwając palcem
Widocznie posiadanie prawo jazdy od pół roku to dla mamy ''dopiero''. Nadal myśli, że nie umiem jeździć, a mój instruktor musiał być nie w pełni ogarnięty, gdy zadecydował że zdaję. Ubrałam czarne buty lity i dopasowany płaszczyk. Odpaliłam naszego czarnego Seata i przypominając sobie mamę tłumaczącą mi drogę na targ, ruszyłam. Zielony market, drugie skrzyżowanie, wielkie drzewo... A może zielone drzewo i wielki market... Może jednak trzecie skrzyżowanie... Ahhh, przejeżdżając czwarty raz obok skalistego pomnika pomyślałam, że to bez sensu. Zawróciłam i znalazłam znajomą ścieżkę. Dojazd do kawiarni zajął mi zaledwie kilka minut. Wchodząc zobaczyłam go robiącego espresso. 
-Hej, przepraszam, że tak codziennie zwalam ci się na głowę, ale potrzebuję twojej pomocy. - powiedziałam witając ''go'', bo dalej nie wiem jak ma na imię
-Elizabeth, hej, nie no co ty, żartujesz, możesz wpadać kiedy chcesz. - przywitał mnie
-Dzięki - na chwilę zapomniałam po co tu przyszłam - A właśnie, chodzi o jakiś targ staroci, mama kazała kupić mi zasłony czy coś i nie mam pojęcia gdzie to jest. - zasugerowałam
-Hmmm, chętnie bym z tobą pojechał, ale sama widzisz. - powiedział pokazując salę
Było kilka osób, ale jak dla tak małego miejsca wydawało się tłoczno. 
-Na szczęście nie jest trudno tam trafić. - wziął serwetkę, długopis i zaczął coś bazgrać
Spojrzałam na niego. Był pochylony i raz patrzył na mnie, a raz na serwetkę. Udawałam skupienie, ale zdałam sobie sprawę, że ''on'' jest nawet całkiem przystojny. Jego czarne włosy idealnie komponowały się z niebiesko-szarymi oczami. Prosty, szeroki nos dawał lekki cień na wąskie wargi, a zarost był co najwyżej dwudniowy. 
-... więc jak już miniesz ten żółty budynek to właściwie jesteś na miejscu. - wróciłam do rzeczywistości
-Aaaa ok, ogarniam. - spojrzałam na serwetkę i kilka nic mi nie mówiących kresek - Dzięki za pomoc, to ja będę lecieć, pa. - machnęłam ręką
Już zbliżyłam się do drzwi kiedy sobie o czymś przypomniałam.
-Zaczekaj, zupełnie wyleciało mi to z głowy, jak w ogóle masz na imię? - zapytałam
-Lucas, Lucas Joelong. - powiedział i pokazał swoje białe zęby
Pokiwałam głową, pomyślałam że to nazwisko chyba obiło mi się już o uszy. Odwzajemniłam uśmiech i wróciłam do auta. Dojechałam do końca ulicy i patrząc na zmiętą serwetkę próbowałam znaleźć w okolicy żółty budynek. Minęłam kilka domów, marketów, nawet kościołów i w końcu go zobaczyłam. Nie mam pojęcia jak znajdę drogę powrotną, ale nie martwiłam się teraz o to. 
Na targu zobaczyłam wielkie tłumy. Sprzedawcy się przekrzykiwali, a ludzie pchali jak tylko mogli. Na razie stałam między stoiskami warzywnymi, więc przebrnęłam jakoś na tyły. Tutaj było już spokojniej. Błądziłam między regałami szukając ''tego czegoś''. Torba z aparatem obijała się o mijających ludzi. 
-Rose, nie rób scen! Rozliczymy się później! - usłyszałam krzyki
Spojrzałam w stronę dwójki ludzi. Chłopak w czarnych spodniach, szelkach i jeansowej, spranej kamizelce. Włosy miał rozczochrane, a wargi mocno zaciśnięte. Krzyczał w stronę rudej dziewczyny. Miała delikatną, ale ciekawą urodę. Ubrana w brązową kurtkę, rękawiczki bez palców, wyblakłe jeansy i botki za kostkę. 
-Nie Liam! Zostaw mnie, zrozum w końcu, że się nie udało. Trudno, odpuść sobie to wszystko i mnie najlepiej też! - krzyknęła ze łzami w oczach dziewczyna
-Nie zapominasz, że ja tu rządzę? - zapytał spokojnie, ale niebezpiecznie brunet ściskając jej przedramię
Dziewczyna szybko się wyrwała i z całej siły nadepnęła mu na nogę. On nie dając oporu uderzył ją w twarz.
-Hej! - krzyknęłam bez namysłu upuszczając trzymaną lampę - Zostaw ją! - nie zastanawiałam się nad swoją nagłą odwagą tylko ruszyłam w ich stronę
-Nie wtrącaj się laluniu - popatrzył w moją stronę -A ty nawet nie próbuj zwiać! - tym razem zwrócił się do dziewczyny i odszedł
 -Wszystko ok? - zwróciłam się do rudej -Rose, prawda?
-Tak, sory, że musiałaś na to patrzeć... On jest po prostu czasem nieco... nieobliczalny, ale ogólnie jest spoko... - zapewniała
-Przyznam, że nie zrobił na mnie dobrego wrażenia... Jestem Lizzy. - wyciągnęłam ręke
-Mnie już chyba znasz. - powiedziała otrzepując spodnie
-Taa... Właśnie się tu przeprowadziłam i... - chciałam zacząć rozmowę
-Wow, to wybrałaś niezłą dziurę, serio chcesz tutaj spędzić resztę życia? - zdziwiła się
-Właściwie to nie mój wybór... - przyznałam idąc za nią
-Ok... - zamyśliła się usiłując przypomnieć sobie moje imię - Lizzy, tak? - pokiwałam głową, więc kontynuowała - Wiem, że nikogo tu nie znasz i w ogóle, ale dobrze ci radzę, nie szukaj tu przyjaciół, znasz to przysłowie: wrogowie często mówią prawdę, przyjaciele nigdy? - obróciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia
Stałam tam trochę skołowana, co to miało znaczyć. To miasteczko przeraża mnie coraz bardziej. Gdy już się ocknęłam ruszyłam w na wycieczkę między stoiskami. Dopiero przy szóstym znalazłam to czego szukałam. Błękitne, lekkie zasłony do kuchni i mocno limonkowe do salonu. Oprócz tego kupiłam też ładną ramkę i naszyjnik z dużą sową dla Hillary. Od razu w aucie zrobiłam jej zdjęcie. 
Otwierając drzwi wejściowe usłyszałam dźwięk zdzierania tapety ze ściany. Położyłam zakupy na stole i poszłam do łazienki. Mama ubrana w jeansy i białą bokserkę siłowała się z kawałkiem upartej okładziny.
-Może ci pomóc? - zapytałam niepewnie na nią zerkając
-A nie, nie, dam sobie radę. Dzwoniła Hillary, jej mama pozwoliła przyjechać jej tu na kilka dni, ale dopiero jak skończymy remont.
-Co?! Ale super! Muszę do niej zadzwonić! - pobiegłam szybko na górę
Wzięłam telefon i wyszukałam numer przyjaciółki. Odebrała od razu.
-No hej, powiedziała ci już? - zapytała radosnym głosem
-Tak! Mega, może pomożesz mi zwalczyć tą nudę... Tutaj serio nic nie ma! Spotykam samych dziwaków - no może z wyjątkiem Lucasa - jest tu ponuro i mokro. Tęsknie za Liverpool'em... - westchnęłam
-Nie martw się młoda, przywiozę ci trochę naszego słońca. - niemal widziałam jak puszcza mi oko 
-Aaaa Hillary, widziałaś się może z Sethem? - zapytałam niepewnie
-Podobno pojechał na ferie na obóz snowboardowy, nie mówił ci? - zdziwiła się
-Aaaa tak, coś wspominał, musiało wylecieć mi z głowy - czemu wiem mniej niż ona, nic mi nie mówił - Dobra, ja kończę, bo muszę lecieć... Sprzątać.. Paa, tęsknie i czekam. - rozłączyłam się
Przed wyjazdem widziałam się z Sethem codziennie i na pewno nic nie mówił o jakimś obozie. Nawet narzekał, że nie będzie miał co sam robić w mieście. Nie rozumiem... Może przesadzam, może dowiedział się o tym wyjeździe niedawno... Nie chcę zakrzątać sobie teraz tym głowy. Muszę się czymś zająć. A zajęcie się oczywiście znalazło. Malowanie łazienki, urządzanie sypialni mamy no i w końcu mojego pokoju. Ściany pomalowałam na fioletowo, na łóżko narzuciłam narzutę którą wzięłam z domu. Nad biurkiem zawiesiłam kilka zdjęć, a na ścianach wypisałam kilka cytatów czarnym atramentem do mangi. Najbardziej podobał mi się:
Pragnienie bycia kimś innym to marnowanie osoby, którą się jest.
                                                                                   ~Kurt Cobain
Nawet się nie obejrzałam kiedy za oknem zrobiło się ciemno. Kolacje zjadłyśmy w naszym nowym salonie podziwiając efekty naszej pracy. Przyznam, że podobał mi się ten dom. Jeszcze tylko musimy pomalować go z zewnątrz i może zrobi się całkiem przyjemny. Nie oznacza to, że się do do tej przeprowadzki całkowicie przekonałam i nadal nie zapominam, że przyjeżdżając tu straciłam życiową szansę chodzenia do szkoły Modern Psycho.
Leżąc wieczorem w łóżku i słuchając muzyki znowu wróciłam myślami do Setha. Nadal się nie odezwał. To dla mnie dziwne. Tkwię w zawieszeniu. Sama udaję, że wierzę. Wierzę, że zadzwoni, wytłumaczy, że zgubił telefon, zalało Liverpool czy coś. To głupie, ale nie dopuszczam do siebie myśli, że mogłabym go stracić.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Ocean

 1 tydzień - piątek, sobota

Obudził mnie jakiś hałas. Zrzuciłam kołdrę i zeszłam na dół. Mama ubrana w szare obcisłe spodnie i niebieską, za dużą koszulę malowała właśnie ścianę w korytarzu. 
-Ooo dobrze, że wstałaś. Ja muszę jechać z kotem do weterynarza do centrum, dokończysz malować. A i zapomniałam ci powiedzieć, tata zostawił nam wczoraj na karcie pieniądze na remont, więc jeśli chcesz możesz potem pojechać do miasta i kupić coś do pokoju. - mówiła skupiając się na równym malowaniu
-Mamo... Jest pierwszy dzień ferii, a ja o... - spojrzałam na zegar z kukułką w salonie - o 7:30  mam malować?
-Kochanie, musimy to zrobić, jak omalujemy wszystko to przywiozą nam nowe meble. Tutaj większość nie nadaje się do użytku. Nawet kuchenka jest nieczynna. - spojrzała w stronę kuchni - Ok, ja już skończyłam, możesz zacząć malować salon, tam masz farby, wybierz którą chcesz, ja lece. - ściągnęła koszulę, naciągnęła gruby sweter i biorąc kota wyszła
Wybrałam limonkowy kolor farby. Rzuca się w oczy i ożywi może jakoś to wnętrze. Pomalowałam jedną i trochę drugiej ściany, ale zgłodniałam. Oczywiście nie było nic do jedzenia, więc postanowiłam poszukać jakiegoś sklepu. Spojrzałam za okno. Zamiast ciepłego słońca zobaczyłam szare, zachmurzone niebo. Ubrałam jeansy, szary sweter z ćwiekami, skórzaną kurtkę i buty czarne military. Nie wiem czemu, ale sięgnęłam po aparat. Wychodząc chłodny wiatr opatulił moją rozgrzaną buzię. Naciągnęłam zamek kurtki i ruszyłam. Mijałam wiele domów. Niektóre były zniszczone i wyglądały jak ze średniowiecza, a te bliżej oceanu wręcz przeciwnie: duże, luksusowe wille. Zróżnicowane miasteczko... Szłam betonową drogą wzdłuż plaży i domów. W końcu zobaczyłam witrynę i bilbord. Nie wiedziałam co to, więc weszłam dając znak dzwoneczkom. Nikt nie podniósł wzroku. Była to kawiarnia. Na ścianach pozawieszane były pamiątki z podróży. Zagraniczne rejestracje, pocztówki, zdjęcia, koszulki. Pomimo takiego wystroju knajpa wydawała się smutna. Drewniane komplety stolików i krzeseł komponowały się z szaroburą podłogą. Przy stolikach siedziały tylko dwie osoby. Przy niskiej ladzie stał ok. 25 letni czarnowłosy chłopak. Był całkiem przystojny. Podeszłam do niego. Nie widziałam żadnego menu, więc zapytałam:
-Można tu coś zjeść? 
Popatrzył na mnie ogarniając całą sylwetkę.
-Nie jesteś stąd prawda? 
-Aż tak to widać? - zmarszczyłam brwi
-Jesteś jakąś dziennikarką? - zapytał patrząc na mój aparat
-Nie, nie, właśnie się tu przeprowadziłam, mój brat chciał żebym mu fotografowała wszystko co zobaczę. - powiedziałam
-Ooo, to poczekaj. - odwrócił się, przeczesał włosy i zrobił śmieszną pozę - Tylko wiesz, moje zdjęcia są rozchwytywane więc - zaczął sobie żartować
Sięgnęłam po aparat, ale w tym momencie zadzwoniła moja komórka. Któż by inny, jak nie mama.
-Tak?
-Gdzie jesteś?
-Wyszłam na miasto, poszukać sklepu, zgłodniałam
-Ja jestem właśnie niedaleko domu. Musisz wyciągnąć zakupy i zanieść do domu, bo ja muszę szybko wracać do sklepu meblowego.
-Arghh... Gdzie dokładnie jesteś?
-Zaraz za rogiem
-Daj mi 2 minuty
-Pośpiesz się!
Rozłączyłam się i spojrzałam na chłopaka.
-Chyba musimy przełożyć naszą sesje. - uśmiechnęłam się - Muszę lecieć.
-No... Szkoda, ale jesteśmy umówieni - zmrużył oczy
-Pewnie - powiedziałam wychodząc
-Hej, zaczekaj! Jak w ogóle masz na imię? - krzyknął na mną
-Elizabeth! Serio muszę iść, do zobaczenia! - ruszyłam szybko
Dlaczego nie powiedziałam Lizzy? Pierwszy raz przedstawiłam się swoim imieniem. Na pewno mu się nie spodoba. Ohh, to przez mamę. Ona ciągle mnie tak nazywa... Dobiegłam do auta i zrobiłam wszystko o co mnie prosiła. Potem patrząc na niepomalowane ściany znowu wyszłam z domu. Tym razem w drugą stronę. Tam było o wiele spokojniej. Szłam właśnie alejką, gdy zobaczyłam niewielką, boczną ścieżkę. Spojrzałam w dal i ruszyłam w tym kierunku. Zobaczyłam kilka wysokich klifów. Od razu zrobiłam zdjęcie, bo widok był naprawdę świetny.

 Nagle na trawie spostrzegłam mały, biały krzyż. Wyglądał na nowy, więc podeszłam. Wokół niego stało kilka palących się zniczy. Spojrzałam na tabliczkę. Pisało tam ozdobnymi literami Danny Joelong - najukochańszy synek . Oprócz tego cytat: Urok oceanu, polega na tym, że nigdy nie zwraca tego co zabrał. 
Spojrzałam na wysokie fale rozbijające się o ostre skały i poczułam się dziwnie. Wróciłam więc powrotną drogą do domu. Gdy wróciłam w salonie nie było już mebli, ale ściany były takie, jakie je zostawiłam. Musiałam więc skończyć. Wreszcie to zrobiłam i usiadłam zmęczona na podłodze, gdy usłyszałam głos wchodzącej mamy.         
-Elizabeth? Jesteś?  - rozglądała się
 Nie musiałam odpowiadać, bo zobaczyła mnie wchodząc do salonu
-No świetnie, tyle pracy nas czeka, a ty leniuchujesz? Przynajmniej skończyłaś malować... Za niedługo przyjadą panowie z meblami do salonu. Zobaczysz będzie jak w domu. - powiedziała kładąc kota na schodach
-Jest coś do jedzenia? - zapytałam
-Kupiłam w restauracji dania na wynos. Mam pierogi, chińszczyznę i lasagnie. Co wolisz? - stanęła nade mną
Niechętnie sięgnęłam po rozlazłe pierogi. Były niedobre, ale mój głód dawał we znaki, więc dodatkowo wchłonęłam też połowę chińskiego makaronu. Całe popołudnie zajęło nam sprzątanie i ustawianie nowych mebli. W rezultacie powstał nam całkiem przytulny salon i nawet nie było widać jaki jest mały. Właśnie odpoczywałyśmy na kanapie.
Resztę dnia spędziłam nie robiąc nic szczególnego, siedziałam w pokoju, słuchałam muzyki i pisałam z Hillary. Trochę się zawiodłam, bo Seth w ogóle się jeszcze nie odezwał...  


Właśnie podchodziłam do wielkiego drzewa z nutelli i już miałam garścią zagarnąć gałąź w moją stronę, gdy usłyszałam alarm smsa, który wyrwał mnie ze snu. Lekko otwierając oczy spojrzałam w stronę okna. Było jeszcze ciemno. Sięgnęłam po telefon z nadzieją, że wreszcie odezwał się Seth. Niestety, znowu wygrałam BMW... Zarzuciłam na głowę kołdrę, ale nie byłam w stanie zasnąć. Narzuciłam na siebie czarne, obcisłe spodnie, dłuższy wełniany sweter, a włosy spięłam w  niechlujny kok. Po chwili wschodzące słońce tak mocno świeciło i ogrzewało moją twarz pozostawiając na niej jasną smugę, że przez chwilę poczułam się jak w domu. To skłoniło mnie do wyjścia. Idąc jedyną znaną mi drogą znalazłam się w okolicach kawiarni. W sumie nie jadłam nic jeszcze, więc mogę wstąpić. Właśnie sięgałam ręką do klamki, gdy ktoś otworzył drzwi. Jedyna znajoma twarz.
-O Elizabeth, hej! - powiedział poznany wczoraj chłopak - Aż tak spodobała ci się kawiarnia, że przychodzisz tutaj o 5 rano? - zmrużył oczy
-Hej! Właściwie to jedyne miejsce, które tutaj znam. - uśmiechnęłam się - A ty co tu robisz tak wcześnie?
-W soboty zawsze tak jest, muszę przychodzić odebrać towar z piekarni. Może... Przejdziemy się? Oprowadzę cię przy okazji po okolicy. - wskazał ręką za mnie
-Czemu nie - powiedziałam i ruszyłam za nim
Poszliśmy w stronę centrum, rozmawiając po drodze o wszystkim i o niczym. Dowiedziałam się o nim, że chciał wyjechać na studia, ale jego dziadek zachorował i długo się nim opiekował, a po jego śmierci musiał zająć się kawiarnią.
-Nie chciałem sprzedawać kawiarni, dziadek włożył w nią całe serce, ale nie byłem uradowany, że tu utknąłem. Miałem ambitniejsze plany... Silentwood to małe miasteczko... Większość pracuję tu w handlu, albo rybołówstwie.
-A ty co chciałeś robić? - zapytałam 
-Turystyka. - powiedział z rozmarzeniem w oczach - Miałem zamiar podróżować po świecie, bić rekordy, odwiedzić wszystkie miejsca na ziemii... - mówił z zachwytem - No ale... Sama wiesz.
-Czyli te rejestracje, pocztówki i pamiątki w kawiarni to twoje zdobycze? - zerknęłam na niego
-Tak, kiedyś ciocia zabrała mnie do Ameryki na wakacje. Niestety to chyba koniec mojej kariery podróżnika-odkrywcy. - popatrzył w dal
Szliśmy wzdłuż wybrzeża, gdy dotarliśmy do znajomej ścieżki, prowadzącej do mojego domu. Pożegnałam się z nim i umówiłam na jutro. Tak się zagadaliśmy, że nawet zapomniałam zapytać go o imię.
-O jesteś! Gdzie byłaś tak z samego rana? - zdziwiła się mama
-Sama się zdziwiłam, ale to chyba urok - zrobiłam cudzysłów w powietrzu - tego miejsca wywołał u mnie bezsenność.
-Oj tam, przyzwyczaisz się, zobaczysz. - powiedziała mama głaszcząc naszego trzeciego domownika
-Taaa... - spojrzałam na szarość oceanu za oknem