Obudził mnie jakiś hałas. Zrzuciłam kołdrę i zeszłam na dół. Mama ubrana w szare obcisłe spodnie i niebieską, za dużą koszulę malowała właśnie ścianę w korytarzu.
-Ooo dobrze, że wstałaś. Ja muszę jechać z kotem do weterynarza do centrum, dokończysz malować. A i zapomniałam ci powiedzieć, tata zostawił nam wczoraj na karcie pieniądze na remont, więc jeśli chcesz możesz potem pojechać do miasta i kupić coś do pokoju. - mówiła skupiając się na równym malowaniu
-Mamo... Jest pierwszy dzień ferii, a ja o... - spojrzałam na zegar z kukułką w salonie - o 7:30 mam malować?
-Kochanie, musimy to zrobić, jak omalujemy wszystko to przywiozą nam nowe meble. Tutaj większość nie nadaje się do użytku. Nawet kuchenka jest nieczynna. - spojrzała w stronę kuchni - Ok, ja już skończyłam, możesz zacząć malować salon, tam masz farby, wybierz którą chcesz, ja lece. - ściągnęła koszulę, naciągnęła gruby sweter i biorąc kota wyszła
Wybrałam limonkowy kolor farby. Rzuca się w oczy i ożywi może jakoś to wnętrze. Pomalowałam jedną i trochę drugiej ściany, ale zgłodniałam. Oczywiście nie było nic do jedzenia, więc postanowiłam poszukać jakiegoś sklepu. Spojrzałam za okno. Zamiast ciepłego słońca zobaczyłam szare, zachmurzone niebo. Ubrałam jeansy, szary sweter z ćwiekami, skórzaną kurtkę i buty czarne military. Nie wiem czemu, ale sięgnęłam po aparat. Wychodząc chłodny wiatr opatulił moją rozgrzaną buzię. Naciągnęłam zamek kurtki i ruszyłam. Mijałam wiele domów. Niektóre były zniszczone i wyglądały jak ze średniowiecza, a te bliżej oceanu wręcz przeciwnie: duże, luksusowe wille. Zróżnicowane miasteczko... Szłam betonową drogą wzdłuż plaży i domów. W końcu zobaczyłam witrynę i bilbord. Nie wiedziałam co to, więc weszłam dając znak dzwoneczkom. Nikt nie podniósł wzroku. Była to kawiarnia. Na ścianach pozawieszane były pamiątki z podróży. Zagraniczne rejestracje, pocztówki, zdjęcia, koszulki. Pomimo takiego wystroju knajpa wydawała się smutna. Drewniane komplety stolików i krzeseł komponowały się z szaroburą podłogą. Przy stolikach siedziały tylko dwie osoby. Przy niskiej ladzie stał ok. 25 letni czarnowłosy chłopak. Był całkiem przystojny. Podeszłam do niego. Nie widziałam żadnego menu, więc zapytałam:
-Można tu coś zjeść?
Popatrzył na mnie ogarniając całą sylwetkę.
-Nie jesteś stąd prawda?
-Aż tak to widać? - zmarszczyłam brwi
-Jesteś jakąś dziennikarką? - zapytał patrząc na mój aparat
-Nie, nie, właśnie się tu przeprowadziłam, mój brat chciał żebym mu fotografowała wszystko co zobaczę. - powiedziałam
-Ooo, to poczekaj. - odwrócił się, przeczesał włosy i zrobił śmieszną pozę - Tylko wiesz, moje zdjęcia są rozchwytywane więc - zaczął sobie żartować
Sięgnęłam po aparat, ale w tym momencie zadzwoniła moja komórka. Któż by inny, jak nie mama.
-Tak?
-Gdzie jesteś?
-Wyszłam na miasto, poszukać sklepu, zgłodniałam
-Ja jestem właśnie niedaleko domu. Musisz wyciągnąć zakupy i zanieść do domu, bo ja muszę szybko wracać do sklepu meblowego.
-Arghh... Gdzie dokładnie jesteś?
-Zaraz za rogiem
-Daj mi 2 minuty
-Pośpiesz się!
Rozłączyłam się i spojrzałam na chłopaka.
-Chyba musimy przełożyć naszą sesje. - uśmiechnęłam się - Muszę lecieć.
-No... Szkoda, ale jesteśmy umówieni - zmrużył oczy
-Pewnie - powiedziałam wychodząc
-Hej, zaczekaj! Jak w ogóle masz na imię? - krzyknął na mną
-Elizabeth! Serio muszę iść, do zobaczenia! - ruszyłam szybko
Dlaczego nie powiedziałam Lizzy? Pierwszy raz przedstawiłam się swoim imieniem. Na pewno mu się nie spodoba. Ohh, to przez mamę. Ona ciągle mnie tak nazywa... Dobiegłam do auta i zrobiłam wszystko o co mnie prosiła. Potem patrząc na niepomalowane ściany znowu wyszłam z domu. Tym razem w drugą stronę. Tam było o wiele spokojniej. Szłam właśnie alejką, gdy zobaczyłam niewielką, boczną ścieżkę. Spojrzałam w dal i ruszyłam w tym kierunku. Zobaczyłam kilka wysokich klifów. Od razu zrobiłam zdjęcie, bo widok był naprawdę świetny.
Spojrzałam na wysokie fale rozbijające się o ostre skały i poczułam się dziwnie. Wróciłam więc powrotną drogą do domu. Gdy wróciłam w salonie nie było już mebli, ale ściany były takie, jakie je zostawiłam. Musiałam więc skończyć. Wreszcie to zrobiłam i usiadłam zmęczona na podłodze, gdy usłyszałam głos wchodzącej mamy.
-Elizabeth? Jesteś? - rozglądała się
Nie musiałam odpowiadać, bo zobaczyła mnie wchodząc do salonu
-No świetnie, tyle pracy nas czeka, a ty leniuchujesz? Przynajmniej skończyłaś malować... Za niedługo przyjadą panowie z meblami do salonu. Zobaczysz będzie jak w domu. - powiedziała kładąc kota na schodach
-Jest coś do jedzenia? - zapytałam
-Kupiłam w restauracji dania na wynos. Mam pierogi, chińszczyznę i lasagnie. Co wolisz? - stanęła nade mną
Niechętnie sięgnęłam po rozlazłe pierogi. Były niedobre, ale mój głód dawał we znaki, więc dodatkowo wchłonęłam też połowę chińskiego makaronu. Całe popołudnie zajęło nam sprzątanie i ustawianie nowych mebli. W rezultacie powstał nam całkiem przytulny salon i nawet nie było widać jaki jest mały. Właśnie odpoczywałyśmy na kanapie.
Resztę dnia spędziłam nie robiąc nic szczególnego, siedziałam w pokoju, słuchałam muzyki i pisałam z Hillary. Trochę się zawiodłam, bo Seth w ogóle się jeszcze nie odezwał...
Właśnie podchodziłam do wielkiego drzewa z nutelli i już miałam garścią zagarnąć gałąź w moją stronę, gdy usłyszałam alarm smsa, który wyrwał mnie ze snu. Lekko otwierając oczy spojrzałam w stronę okna. Było jeszcze ciemno. Sięgnęłam po telefon z nadzieją, że wreszcie odezwał się Seth. Niestety, znowu wygrałam BMW... Zarzuciłam na głowę kołdrę, ale nie byłam w stanie zasnąć. Narzuciłam na siebie czarne, obcisłe spodnie, dłuższy wełniany sweter, a włosy spięłam w niechlujny kok. Po chwili wschodzące słońce tak mocno świeciło i ogrzewało moją twarz pozostawiając na niej jasną smugę, że przez chwilę poczułam się jak w domu. To skłoniło mnie do wyjścia. Idąc jedyną znaną mi drogą znalazłam się w okolicach kawiarni. W sumie nie jadłam nic jeszcze, więc mogę wstąpić. Właśnie sięgałam ręką do klamki, gdy ktoś otworzył drzwi. Jedyna znajoma twarz.
-O Elizabeth, hej! - powiedział poznany wczoraj chłopak - Aż tak spodobała ci się kawiarnia, że przychodzisz tutaj o 5 rano? - zmrużył oczy
-Hej! Właściwie to jedyne miejsce, które tutaj znam. - uśmiechnęłam się - A ty co tu robisz tak wcześnie?
-W soboty zawsze tak jest, muszę przychodzić odebrać towar z piekarni. Może... Przejdziemy się? Oprowadzę cię przy okazji po okolicy. - wskazał ręką za mnie
-Czemu nie - powiedziałam i ruszyłam za nim
Poszliśmy w stronę centrum, rozmawiając po drodze o wszystkim i o niczym. Dowiedziałam się o nim, że chciał wyjechać na studia, ale jego dziadek zachorował i długo się nim opiekował, a po jego śmierci musiał zająć się kawiarnią.
-Nie chciałem sprzedawać kawiarni, dziadek włożył w nią całe serce, ale nie byłem uradowany, że tu utknąłem. Miałem ambitniejsze plany... Silentwood to małe miasteczko... Większość pracuję tu w handlu, albo rybołówstwie.
-A ty co chciałeś robić? - zapytałam
-Turystyka. - powiedział z rozmarzeniem w oczach - Miałem zamiar podróżować po świecie, bić rekordy, odwiedzić wszystkie miejsca na ziemii... - mówił z zachwytem - No ale... Sama wiesz.
-Czyli te rejestracje, pocztówki i pamiątki w kawiarni to twoje zdobycze? - zerknęłam na niego
-Tak, kiedyś ciocia zabrała mnie do Ameryki na wakacje. Niestety to chyba koniec mojej kariery podróżnika-odkrywcy. - popatrzył w dal
Szliśmy wzdłuż wybrzeża, gdy dotarliśmy do znajomej ścieżki, prowadzącej do mojego domu. Pożegnałam się z nim i umówiłam na jutro. Tak się zagadaliśmy, że nawet zapomniałam zapytać go o imię.
-O jesteś! Gdzie byłaś tak z samego rana? - zdziwiła się mama
-Sama się zdziwiłam, ale to chyba urok - zrobiłam cudzysłów w powietrzu - tego miejsca wywołał u mnie bezsenność.
-Oj tam, przyzwyczaisz się, zobaczysz. - powiedziała mama głaszcząc naszego trzeciego domownika
-Taaa... - spojrzałam na szarość oceanu za oknem
