1 tydzień - środa, czwartek
Obudziło mnie przedostające się przez rolety liverpool'skie słońce. ''Dzisiaj widzę je ostatni raz'' - pomyślałam. Chciałam sięgnąć po telefon, gdy nagle włączył się budzik. Szybko go wyłączyłam i ubierając futrzane kapcie zeszłam na dół. Już na schodach czułam zapach naleśników z owocami i bitą śmietaną. Mama robi je tylko wtedy, gdy chce mnie udobruchać. Chciałam być silna, ale gdy tylko zobaczyłam na stole otwartą puszkę z soczystymi brzoskwiniami w syropie zmiękłam.
-Gdzie Matt? - zapytałam patrząc na puste krzesło brata
-Zszedł do piwnicy po walizkę dla mnie, bo w tamtej mi się zamek zepsuł. Aha, właśnie. Jednak do Silentwood odwiezie nas Dery... To znaczy tata. - powiedziała, przypominając sobie z łaski swojej, że pomimo rozwodu on dalej jest moim tatą
-Czad. - sięgnęłam po naleśnika
Za chwilę pojawił się brat. Dźgając mnie w plecy usiadł przy stole. Szybko zjadłam, a potem wciągając na siebie krótkie spodnie, biały podkoszulek z różami i czarno-biały sweter ruszyłam do szkoły. W połowie drogi skręciłam jak zawsze w prawo, wyszłam pod górkę i stałam czekając na moja przyjaciółkę Hillary. Długo nie wychodziła, więc zaczęłam się denerwować, ale gdy tylko ją zobaczyłam zamiast się na nią wkurzyć prawie się rozpłakałam. Szła pewnym krokiem. Miała na sobie kremową sukienkę z wzorami na dekolcie, długie rękawy nieco innego koloru podwinęła pod łokieć. No i jak zwykle zakolanówki, tym razem szare. Do tego jej ulubione buty - jazzówki.
-Hej - powitała mnie buziakiem w policzek - Co taka nie w sosie jesteś?
-Jutro wyjeżdżamy z mamą... - powiedziałam nie odrywając wzroku z ziemii
-Do tej rudery w Silentwood?! - oburzyłą się
-Niestety...
-Fuck... Współczuję ci strasznie. Obyście szybko wróciły, albo najwyżej wykupię sobie karnet na pociąg. - posłała mi uśmiech
Chciałam go odwzajemnić, ale nie miałam siły. Do szkoły doszłyśmy szybko. Na żadnej lekcji nie byłam skupiona. Na przerwach żegnałam się ze znajomymi przed feriami, a po lekcjach przesiedziałam z Hillary i Seth'em w szatni chyba z dwie godziny.
-Może skoczymy do mnie? - zaproponowała przyjaciółka, gdy wracałyśmy - No wiesz, takie pożegnanie. Możemy oglądnąć Star Wars albo całą serię Harrego, co ty na to? - wiedziała jak bardzo lubię te filmy
-Mama będzie zła, ale należy mi się to. - powiedziałam i skręciłam w jej uliczkę
W domu byłyśmy same. Od razu wskoczyłam na moje ulubione miesjce w jej pokoju czyli łóżko, a ona za mną.
-Nieee... Chciałam zrobić nam sesje na pamiątkę, ale nie mam miejsca na karcie pamięci... - powiedziała trzymając aparat - Ale czekaj na jedno może wystarczy.
-Uwolniłam się od mojego nienormalnego brata i jego aparatu, ale ty musisz mnie prześladować, tak? - zrobiłam udawaną groźną minę
-Tak! - powiedziała i posłała całusa
Ustawiła aparat na regale. Chciałyśmy zrobić coś fajnego, ale wyszło jak zawsze. Hillary chciała zrobić dziubek, a ja poprawić jej fryzurę, więc odrzuciła głowę do tyłu. Efekt komiczny.
Gadałyśmy jeszcze ok. godzinę, ale telefon mamy oznajmił, że muszę wracać do domu. Po obfitym pożegnaniu i uronieniu kilku łez nawet nie wiem kiedy znalazłam się w domu. Obiad był ohydny. Jakaś zielona papka i klejące się kluski. Nawet tego nie dotknęłam.
Całe po południe spędziłam na pakowaniu się, a wieczorem byłam zbyt zmęczona, żeby cokolwiek zrobić, więc od razu położyłam się spać.
Rano wstałam z przyklejonymi na ustach słowami: To najgorszy dzień w moim życiu. Jedyna dobra wiadomość czekała na mnie w kuchni, a mianowicie siedzący przy stole...
-Tata! - krzyknęłam zbiegając ze schodów
-Cześć skarbie! - przywitał się przytulając mnie - Przestań tak rosnąć, bo za niedługo babcia Dori będzie musiała kupywać dla ciebie sukienki w dziale dziecięcym. - powiedział odwołując się do mojego corocznego bawełnianego prezentu od babci
-Spakowana? - zapytała mama pijąc kawę
-Tak.. - odburknęłam
-O tu jesteś Lizzy! No więc tak, tutaj masz torbę, dwie karty pamięci, kabel USB... - zaczął wymachiwać przede mną jakimiś przedmiotami
-Hej, ale stop, o co chodzi? - zapytałam
-Powierzam ci w opiekę swój aparat, musisz tam dla mnie wszystko udokumentować! Poza tym będziesz się mniej nudzić. - uśmiechnął się
-Ty dajesz mi swój aparat? - nie dotarło to do mnie - No i udokumentować? Przecież to jakiaś wieś zabita dechami... Nic tam nie ma... - powiedziałam
-Lizz, fotografując możesz pokazać to czego bez ciebie, nikt by nie zobaczył. - zabrzmiało to jakby mówił do mnie co najmniej profesor Dumbledore
Wypiłam z tatą kakao, pożegnałam się z bratem i w końcu targając moją seledynową walizkę do auta ruszyliśmy. Całą drogę gadałam z tatą, o wszystkim i o niczym. W końcu nie widzieliśmy się już prawie miesiąc! Ostatnie spojrzenie na Liverpool widok wesołego, ciekawego słonecznego miasta. Żegnaj. Resztę drogi pokonałam ze słuchawkami w uszach i z kilkoma drzemkami. Nagle ułyszałam stukot w szybę.
-Hej Lizzy, obudź się! Jesteśmy! - usłyszałam głos mamy
-Która godzina? - zapytałam, próbując okiełznać moje włosy
-Po 18 - odpowiedział tata wyciągając walizki
-Jechaliśmy 9 godzin?! Gdzie my jesteśmy?! W Narni?! - zdenerwowałam się, myśląc o tym jak daleko od domu jestem
Rodzice już się przyzwyczaili na moje marudzenie, więc nie reagowali. Byłam zła i sfrustrowana, ale najlepsze dopiero było przede mną. Wychodząc z auta natrafiłam na jakieś chaszcze. Spojrzałam przed siebie. Staliśmy właśnie przed tą ruderą. Morski kolor tynku był ledwie widoczny na niezdrapanych częściach ścian.
Ganek wyłaniał się z zeschniętych gałęzi owijających balustrady, a dach był czarny. Niebo przyjęło idealny kolor do mojego nastroju, więc złapałam za aparat i zrobiłam zdjęcie.
Mama widząc moją minę powiedziała:
-Kochanie, wcale nie jest tak źle, skosimy trawę, omalujemy dom, pozbędziemy się tych chaszczy. Będzie pięknie, zobaczysz! Spójrz tylko na tą okolicę! - ekscytowała się
-Taaa... - mruknęłam i rzeczywiście spojrzałam na krajobraz. W sumie miała rację. Gdybym zobaczyła taki widok w jakiejś gazecie to pomyślałabym, że jest tu całkiem uroczo. Z boku domu rozciągał się pas mocno zielonych nizin. A w oddali widać było jakieś nieduże budynki i światła. To chyba centrum. Jednak wszystko przebił widok za domem. Pas oceanu przecinało skaliste wybrzeże wznoszące się w górę co kończyło się wysokim klifem, na którym właśnie stałam. Nawet się uśmiechnęłam, ale gdy tylko odwróciłam się i zobaczyłam ten ''dom'' jakoś mina mi zmizerniała.
-Dobra, ja już muszę jechać, chcę dotrzeć do domu na rano. - pomyślałam o przytulnym mieszkaniu taty i środku Londynu - To do zobaczenia Lizzy! Mam nadzieję, że zobaczymy się jak najszybciej! - powiedział przytulając mnie - Do widzenia Lilly - zwrócił się do mamy.
Wsiadł do samochodu i właściwie zostałyśmy same. Mama wzięła swoją walizkę i ruszyła do środka, a ja niechętnie zrobiłam to samo. Gdy tylko weszłyśmy na schody usłyszałyśmy trzeszczenie. Mama wyciągnęła z płaszcza klucz, ale nie był potrzebny, bo te drzwi nawet nie miały zamka. Uchyliłam lekko drzwi i zobaczyłam na przeciwko całkiem przestronną kuchnie. Szafki były drewniane, ale nowoczesne, lodówka też pasowała do wystroju. Po lewej schody były białe, stare schody, a po prawej salon. Koło kominka st5ały dwa i fotele i kanapa w kiczowaty wzór, a pod oknem stał stół jadalny z ogromną ilością suszonych kwiatków. Z lewej strony salon łączył się z kuchnią szeroką futryną. Za schodami były jeszcze jedne drzwi. To była sypialnia z łazienką. Oczywiście mama ją wzięła i powiedziała, że na górze jest jeszcze jedna dla mnie.Ledwo wyszłam po tych schodach. Na górze były 3 drzwi. Otworzyłam pierwsze. Łazienka urządzona w totalnie staroświecki sposób z prysznicem. Za drugimi drzwiami znalazłam całkiem pusty pokój. Ściany, sufit, podłoga - wszystko było pomalowane na żółto. Miałam nadzieję, że nie będe musiała tu spać czując się jak w jednym, wielkim bananie. Trzecie drzwi okazały się moim przyszłym miejscem zamieszkania. Ściany były koloru morskiego, a podłoga wyłożona zakurzonym, białym (a raczej żółtym odcieniem bieli) futrzanym dywanem. Pod oknem stało biurko, a na nim stos kwiatów. Łóżko było niskie i szerokie, z rozsuwana szafa ogromna i pusta. Koło łóżka stał ręcznie ozdabiany, drewniany kufer. Była w nim tylko potargana poduszka, jakaś romantyczna książka i oczywiście kwiaty. Poczułam zapach jagód, więc rzucając walizkę ruszyłam na dół.
-W piwnicy jest dużo zapasów. Dżemy, soki, wiesz, jak to ciocia lubiała. - powiedziała smarując kupioną po drodze chałwę
-Nie rozumiem jednego. Przecież ciocia wcale nie umarła tak dawno, a dom jest zaniedbany i zakurzony jakby miał 100 lat. - powiedziałam siadając na krześle.
-Oh, ciocia już od dawna nie mieszkała w tym domu. Miała mieszkanie w centrum, a tutaj rzadko bywała. - postawiła przede mną talerz
Spojrzałam w okno i zamyśliłam się. Dopiero jakaś duża biała w kącie oka odwróciła moją uwagę. Popatrzyłam na stół, a tam mały, biały kot właśnie zlizywał mój dżem!
-Oho, chyba lubi jagody... - powiedziałam pokazując mamie gościa
Lubiła zwierzęta, więc głaskając go sięgała po mleko
-Ojej, słodki, sam wygląda jak taka duża biała, słodka jagoda. - zrobiła maślane oczy
-Co? Przecież nie ma białych jagód... - westchnęłam
-No, ale gdyby były, to popatrz jakie słodkie. - nalała mleka do jakiejś miseczki
Fakt, ja też lubię zwierzęta, a on rzeczywiście był cudny. Od razu zapytałam:
-Możemy go zatrzymać?
Mama popatrzyła na niego, potem na mnie, potem znów na niego.
-No dobrze, jeśli to sprawi, że chociaż bardziej polubisz to miejsce. - uśmiechnęła się - No, musimy pomyśleć nad imieniem
-Pfff, to przecież oczywiste. - spojrzałam na kota, a mama na mnie pytająco - Mr. White berry (w wolnym tłumaczeniu: biała jagoda)
-Idealnie - uśmiechnęła się czarująco
Zdjęcie zdołałam zrobić mu dopiero wieczorem kładąc się spać.
I wciąż nie czując sympatii do tego miejsca pomyślałam, że może to jakoś przetrwamy. Zasnęłam z nowym domownikiem na rękach.


